Hobby :))))))))))))))
Skoro wspomniałam już o grupie młodzieży akademickiej, która odpowiedziała na omawiane ankiety, przejdźmy do założeń, które kierowały twórcami i interpretatorami tych kwestionariuszy. Nie były to bowiem badania przeprowadzone wyłącznie z ciekawości naukowej. Autorzy ankiet potrzebowali danych, żeby zilustrować propagowaną przez siebie ideę konieczności reformy obyczajów. Podobnie grupa studentów, która odpowiedziała na dobrowolne przecież ankiety, “stanowi pewnego rodzaju wybór spomiędzy ogółu (…) i dość wysoko wznosi się ponad przeciętny poziom moralny towarzyszy”, jak twierdzi jedna z interpretatorek wyników badań, Iza Moszczeńska. Respondenci należeli więc do odważnie myślącej części środowiska akademickiego. Myślącej - tak, ale, jak okaże się na podstawie otrzymanych wyników, często postępującej jeszcze w sposób, który krytykują i chcą zmienić reformatorsko nastawieni badacze. Obie ankiety dzieli tylko kilka lat - ale nie zapominajmy, że był to okres burzliwych przemian w świadomości. Ciekawe są różnice pomiędzy definicją każdego z omawianych badań. Autorem pierwszej ankiety był Zdzisław Julian Kowalski, w roku 1898 jeszcze student wydziału medycznego UW, potem lekarz, który zebrane przez siebie dane wykorzystał w swojej pracy reformatorskiej. Dzięki informacjom z ankiety, zatytułowanej Stan zdrowia i warunki higieniczne studentów UW, a opublikowanej w 1898 roku w trzech kolejnych numerach pisma “Zdrowie” oraz w formie książkowej, mogła powstać skierowana głównie do młodzieży praca Higiena i etyka życia płciowego, wydana w 1901 roku, na którą powołują się już studenci, odpowiadający na ankietę z lat 1903/4. W tym momencie młody doktor Kowalski już nie żył. Ankieta Z. J. Kowalskiego z założenia nie miała (a może raczej jeszcze nie mogła) być narzędziem do badania życia intymnego młodzieży akademickiej: jak sam pisze, “w naszej literaturze specjalnej istnieje bardzo mało badań nad stanem zdrowia młodzieży polskiej”, chciał więc zapełnić tę lukę, skupiając się na “higienie życia i ogólnym stanie zdrowia”.
Powyższe powody zmuszają nas do stwierdzenia, że kwestionariuszy naszych nie możemy traktować jako reprezentatywnych dla ogółu młodzieży studiującej. Nie pozwala nam na to już sama ilość uzyskanych odpowiedzi, a także świadomość faktu, że autorzy tych odpowiedzi nie byli przypadkowo wybranymi, bezstronnymi jednostkami. Pamiętajmy jednak, że obie omawiane prace są dziełami pionierskimi, że musiały przebijać się przez mur niechęci i zrozumiałego przy ówczesnym stanie moralności wstydu. Okaże się za chwilę, iż jedynie część wypełnionych ankiet powróciła w ręce ich twórców, że wiele razy spotkali się z drwinami i wyrazami oburzenia… Pod koniec zeszłego czy na początku naszego wieku nie możemy się spodziewać, że otrzymamy na tak kontrowersyjny i budzący skrajne emocje temat dane, które można wykorzystać w poważnym badaniu statystycznym; pomysłodawcy obu badań zdawali sobie z tego sprawę.
Ogólny stan zdrowia badanych studentów przedstawia nam tylko Z. Kowalski. Stan ten nie rysuje się zbyt optymistycznie - 34% studentów zostało ocenionych przez badacza jako cierpiący na różnego rodzaju schorzenia dziedziczne. 50% przyznało się do skłonności do zapadania na różne choroby (najczęściej dróg oddechowych). Studenci skarżą się też na kłopoty ze wzrokiem - wady wzroku ma aż 41%; zapalenie spojówek, związane z przemęczeniem oka, występuje tym częściej, im dłużej studiuje już młody człowiek. Smutno przedstawia się też stan uzębienia studentów - przeciętnie brakuje im po 6 zębów (najczęściej trzech lub czterech, ale są i tacy (2%), którzy utracili już 20 zębów!). Podobnie stan nerwowy młodzieży akademickiej wydaje się dosyć opłakany - pozytywną odpowiedź na nieprecyzyjne pytanie “Czy czuje się zdenerwowany?” dało 57% badanych, przy czym procent wzrasta z ilością lat spędzonych na studiach wyższych.
Rodzice wystąpili w roli odsłaniających intymne tajemnice tylko 3 razy, a i to zwrócili się do swych synów późno (ani razu przed ukończeniem przez nich 9 roku życia). W 1934 roku procent uświadamiających rodziców wyniesie 4 - więcej, choć nadal za mało. Fałszywy wstyd, źle pojęta skromność zarówno ze strony rodziców, jak i dzieci - oto podstawowy powód tego stanu rzeczy. Oddajmy głos studentom: (…) “część winy przy wszelkiej zmysłowości spada na rodziców, że małą zwracają uwagę na okres dojrzewania i funkcje organów płciowych u dzieci, a następnie, że nie potrafią wzbudzić w dzieciach tego, bezwzględnego, powiem, zaufania, które powinno być podstawą w stosunkach dzieci do rodziców”.
Mimo takich przestróg 64% badanych studentów odpowiedziało pozytywnie na pytanie, czy kiedykolwiek uprawiali masturbację. Przypadki, w których masturbację rozpoczęto w wieku od 7 do 11 lat, należą do bardzo nielicznych. Wpływ kolegów szkolnych, specyficzne środowisko (a także, naturalnie, stopień dojrzałości płciowej organizmu) warunkują fakt, że najpowszechniejszy wiek “nabycia nałogu” to lata od 12 do 16. Przeciętny wiek to 14 lat, a więc prawie o rok mniej, niż przeciętny wiek, w którym pojawiła się pierwsza polucja - tak jest na pewno w 45% przypadków.
Jakie warunki są normalne i pospolite dla tych młodych ludzi? Zaczyna się najczęściej od czyjejś namowy. Koledzy ze szkoły, występujący w roli “oświecających”, zachęcają także do zrealizowania w praktyce nabytych wiadomości. Zdarza się, że inicjację przeżywają chłopcy w towarzystwie bardziej doświadczonego kolegi lub kolegów. Czasami namowa wychodzi od kobiety.
Najczęściej szukał ukojenia żądz na ulicy - tak postępowało 65% studentów, wybierając na ogół rogówki, czyli najtańsze z prostytutek. Mniej więcej tyle samo młodych ludzi, ilu udawało się do domów publicznych (zapewniano tam usługi droższe, lecz czasem w lepszym gatunku i z mniejszą - pozornie - możliwością zarażenia się jakąś chorobą weneryczną), utrzymywało stosunki z różnego rodzaju ubogimi pracownicami: bonami, guwernantkami, szwaczkami, sklepowymi, praczkami, gorseciarkami, latem na wakacjach - z dziewczętami wiejskimi. Do tej kategorii należą też służące, będące niewyczerpanym źródłem rozkoszy dla młodych ludzi. Chyba najłatwiej było po nie sięgnąć - należały do otoczenia domowego, lecz w roli podrzędnej, były zależne od państwa ekonomicznie i nie mogły opierać się kaprysom “panicza”.
Niewielu jednak młodych ludzi wolało czekać do ślubu, żeby otrzymać “w darze nierównie słodsze korzyści, bo zdrowie, czerstwość sił żywotnych, czystość i spokój sumienia”, jak pisze w wydanej w Polsce w roku 1877 publikacji Higiena publiczna i prywatna Oesterlen. Ciekawe są bardzo tłumaczenia, jakich używają w tej sytuacji studenci dla usprawiedliwiane swego nieumiarkowania. Powtarzają zresztą tylko to, co mówiła na swoje usprawiedliwienie duża część męskiej populacji. Częsta była wtedy wśród mężczyzn opinia, że wstrzemięźliwość szkodzi zdrowiu, powodując neurastenię, idiotyzm, obłąkanie, że stosunki płciowe leczą liczne choroby, jak skłonność do onanizmu (uważanego przecież za schorzenie), polucje, ból głowy, poddenerwowanie.
Ponad połowa z pytanych studentów uświadamia sobie możliwość zarażenia. “Zawsze myślę o tym” - pisze jeden - “że jeśli się kiedy zarażę, nie pozostanie mi nic innego, jak odebrać sobie życie”. “Niejedno niewytłumaczone na pozór samobójstwo młodzieńca w kwiecie wieku” - komentuję tę wypowiedź Iza Moszczeńska - “nieraz się właśnie takimi okolicznościami tłumaczy”. Prawda, że sytuacja młodego człowieka, który, żyjąc w pruderyjnym na pokaz społeczeństwie, zaraził się wstydliwą chorobą, była nie do pozazdroszczenia. 24% ze 169 utrzymujących stosunki respondentów, czyli 41 studentów, przechodziło choroby weneryczne już w szkole średniej, kolejnych 36 zaraziło się podczas pobytu na uczelni.
Ze studentów, którzy utrzymywali kontakty z prostytutkami kontrolowanymi oraz potajemnymi, zaraziło się aż 65% (bo też i więcej niekontrolowanych prostytutek było chorych). Oznacza to, że żadne źródło, z którego młodzi ludzie mogli czerpać rozkosze zmysłowe, nie było całkowicie czyste i bezpieczne. Studenci zauważają jednak przede wszystkim zagrożenia płynące z niedostatecznej kontroli nad prostytucją: jeden z nich, który padł ofiarą zarówno syfilisu, jak i rzeżączki o ciężkim przebiegu, pisze “Jedno, co mam do nadmienienia, to to, że stosunki z kobietą stały się do najwyższego stopnia niemoralne” (!) “i że nadzór nad prostytutkami, a szczególnie chorymi, woła o pomstę do nieba”! Inny radzi, aby założono dom publiczny ze zdrowymi kobietami dla zdrowych mężczyzn: “Każdy zapłaciłby drożej, byleby mieć pewność niezarażenia się”. Jeszcze jeden ubolewa nad brakiem “dobroczynnych domów publicznych dla niezamożnych studentów”.
Ilustracje pochodzą z książki: Paul Hirth, Ed. Daelen, “Die schönheit der Frauen”, wydanej w Stuttgarcie ok.1900-1910 roku. Książka wygląda na estetyczną rozprawę, choć proporcja tekstu do ilustracji (około 2:3, jeśli chodzi o powierzchnię zadruku) może wskazywać równie dobrze na zakamuflowaną pornografię. Ilustracje zamieściliśmy po to, aby czytelnik zdał sobie sprawę, jak wyglądał ówczesny wzorzec urody i aby (nie oszukujmy się) nieco urozmaicić stosunkowo długi tekst artykułu. W takich to kobietach kochali się warszawscy studenci.
